Powitanie



Drogi Gościu, witam Cię na moim blogu, cieszę, ze tu jesteś. Będzie mi bardzo przyjemnie, jeśli zostawisz swój ślad w postaci miłego komentarza.

Wzory do pobrania

czwartek, 29 grudnia 2016

Poświątecznie, przed sylwestrem...

   Święta minęły na rodzinnych spotkaniach. To okazja, aby pobyć w trochę szerszym gronie, pokolędować, porozmawiać  ( u nas obowiązuje umowa, że nie rozmawiamy o polityce), pośmiać się, po prostu spędzić miło czas. Dzieci w mojej rodzinie już powyrastały, jednak zawsze wymieniamy się drobnymi upominkami, często własnoręcznie wykonanymi. Aby prezent otrzymać, należy odśpiewać kolędę. Ale nigdy solo, śpiewa cała rodzina.

 
   Mój prezent - dla dziewiarek oczywisty - ucieszył mnie bardzo. Otrzymałam taki oto zestaw w komplecie z kolejnymi drutkami z drewna oliwnego. Jak widać na zdjęciu, już zaczęłam robótkę na nowych drutach.



Wcześniej jednak kończyłam przeróbkę tego sweterka (klik).
Jak większość moich ubrań i ten element garderoby stał się zbyt obszerny, więc musiałam go spruć. Wiele takich sweterków czeka jeszcze na zmniejszenie. Czasu tylko brak... 
   Spieszyłam się z przeróbką srebrnego, gdyż chcę wystąpić w nim na zabawie sylwestrowej. Udało się skończyć przed czasem. Sweterek ma fason tzw. pudełka, prosty, lekko za talię, rękaw 3/4, dziergany od góry, zapinany na jeden guzik. Większość robiona jest ściegiem francuskim, część zwykłym dżersejem. Prezentuje się tak.
 






  










Moja starsza latorośl sprawiła mi jeszcze jeden prezent. Ogłosiła radosną nowinę o swoich zaręczynach. Rozpoczął się kolejny etap w naszym życiu, u córki - kolejny krok ku dorosłemu życiu, mój - ku wizji bycia teściową ;-). 

niedziela, 25 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

      W ten czas życzę wszystkim Czytelnikom mojego bloga spokoju, chwili zatrzymania się i refleksji, a także odpoczynku, chwil spędzonych w gronie najbliższych. W Nowym Roku spełnienia marzeń, realizacji planów i wielu dziewiarskich pomysłów.

niedziela, 11 grudnia 2016

David Garrett pokoncertowo... mój urodzinowy prezent


  Czas szybko leci. Najpierw nie mogłam doczekać się koncertu Davida Garretta, a dzisiaj to już wspomnienie. Koncert był fantastyczny, muzyk ma świetny kontakt z publicznością, zrobił prawdziwe show, a jednocześnie pokazał klasę. Jeszcze długo będę wspominać ten koncert oglądając zdjęcia i filmiki. 
   Artysta zaskoczony był gorącym przyjęciem polskiej publiczności. To jego pierwszy koncert u nas. Jednak Polska nie jest mu obca, pierwszą nauczycielka skrzypiec była Polka, Często o niej wspomina w swoich wywiadach. Mam nadzieję, ze będę mogła go zobaczyć u nas na kolejnym koncercie, tym razem w repertuarze klasycznym. 

Chociaż takie wykonanie "Burzy" Antonio Vivaldiego z "Czterech pór roku" bardzo mi odpowiada.



   

wtorek, 6 grudnia 2016

W różnych kolorach i fasonach sweterki na smartfona

   Dawno tu nie zaglądałam. To nie znaczy, że się nic nie "dzieje". Dzieje się i to dużo. Wielkimi krokami zbliża się bożonarodzeniowy kiermasz w mojej szkole i tradycyjnie dziergam jakieś drobiazgi. W ubiegłym roku furorę zrobiły pokrowce sweterki na telefony. W związku z tym w tym roku wzięłam się wcześniej do pracy i zrobiłam ich więcej. Wykorzystałam wszelkie resztki włóczkowe.
Tak oto prezentują "telefoniczne" sweterki.

 

   Jak widać sporo tego jest. Jednak ilość nie pokryje zapotrzebowania, bo już w tej chwili jest wielu chętnych.


   W międzyczasie narodził się pomysł, który właściwie wynikł z potrzeb najmłodszych uczniów i teraz przerzuciłam się na dzierganie dzianinowych piórniczków.





 

   Pogoda nie rozpieszcza, wywołuje stany depresyjne. Jednak wizyta Aleksandra Doby w mojej szkole spowodowała, że wzięłam się w garść. 
   To niesamowity człowiek, o niespożytej energii. I patrząc na jego entuzjazm nie mogłam uwierzyć, że ma 70 lat! Opowiadał o swoim samotnym rejsie kajakiem przez Atlantyk i o tym, że przygotowuje się do następnej wyprawy. Po spotkaniu zostało mi zdjęcie.

 



niedziela, 13 listopada 2016

Zestaw lektur

 
 "Obce matki" t druga część trylogii "Córka cieni", o której pisałam tutaj (klik). 
   Książka opowiada o losach Juliany, córki Magdaleny i Piotra - bohaterów pierwszej części. I znowu historia, tym razem powojennej Polski, splata się ze współczesnością. I nadal Adam, młody student historii, podąża śladami Juliany razem z tajemniczą Tofi, która jest spokrewniona z Julianą. 
Ewa Cielesz zabiera nas w fascynującą podróż Nie sposób oderwać się od tej książki. "Połknęłam"  ją w podobny sposób jak część pierwszą.

 

    I myślałam, że przyjdzie mi długo poczekać na część kolejną, a okazało się, że w mojej wiejskie bibliotece szybko pojawiła się ostatnia część trylogii. To "Burza przed ciszą" . W tym tomie poznajemy dalsze losy Juliany, tu kończy się historia jej życia. 
A jaki wpływ na życie Adama miało poznanie bohaterki i jej rodziny?
Polecam te książki, naprawdę warto po nie sięgnąć. 

   

    Na koniec książka którą otrzymałam w prezencie. To można rzec, komiksowa opowieść o poetce przedstawiona za pomocą delikatnych rysunków w pastelach, a także z wykorzystaniem jej wierszy i kolaży, które namiętnie tworzyła.
   To trochę inne spojrzenie na laureatkę Literackiej Nagrody Nobla. 

piątek, 11 listopada 2016

Nowa odsłona męskiego swetra

   Skończyłam przeróbkę swetra dla mojego męża. Pierwsza wersja dziergana była 20 kg temu i wyglądała tak (klik). Teraz prezentuje się tak.

 













   Sweter robiony w częściach i zszywany. Dużo warkoczy na tle lewych oczek. Mąż zadowolony.
   Zostało trochę włóczki, starczy na czapkę. A na drutach kolejna przeróbka, tym razem zmniejszam ten sweter.  
   Sporo   mam swetrów do zmniejszenia. Swoich kilka, córki kilka, męża kilka. Roboty więc mam na dwie, a nie na jedną zimę. Na szczęście syn nie zmienia rozmiarów nad czym on sam boleje, stara się i przybyć na wadze, a pomimo usilnych starań i ciągłego "czyszczenia" lodówki, nie może przytyć. Jak był cienki, tak jest. Też bym tak chciała.
I nadal nie muszę kupować włóczek. Moje postanowienie o niekupowaniu włóczek realizuję ponad rok?

 
 

poniedziałek, 7 listopada 2016

"Dzik jest dziki..."

   Na mojej ulicy bardzo często można spotkać dwa dziki, jeden z nich taki trochę dziwny jest, biały w czarne łaty. Ta para czuje się tu swobodnie o każdej porze dnia i nocy.
    To zdjęcie zrobiłam dzisiaj rano, gdy wyszłam z domu do pracy. Nie, nie jestem na tyle odważna, aby tak blisko podejść do dzikiego zwierzęcia, bezpiecznie siedziałam w samochodzie. Jednak dzieci, które szły chodnikiem do szkoły już nie czuły się tak komfortowo. 
    Moja miejscowość nie jest miejscowością rolniczą, to raczej podmiejskie osiedle domków jednorodzinnych o dość gęstej zabudowie. W sąsiedztwie są pola i las. Jednak dziki upodobały sobie jedną z dwóch niezabudowanych działek na mojej ulicy. Dlaczego? Otóż niektórzy mieszkańcy okolicznych ulic dokarmiają zwierzęta nie licząc się z konsekwencjami takiego postępowania. Ktoś może powiedzieć, a co mi taki, w sumie jeszcze nieduży, dzik przeszkadza? No cóż, nie wspomnę o tym, że trawniki dookoła zryte są niczym po przejechaniu rekultywatorem, ale tu chodzi o bezpieczeństwo. Tak się składa, że tuż obok jest szkoła, więc i dzieci, które do tej szkoły idą pieszo, bądź jadą rowerem. Wielokrotnie mój syn stanął twarzą w ryj z obydwoma dzikami, gdy wieczorem wracał z zajęć z uczelni. 
    Gmina jest bezradna, powiat ustawił odłownie, w które żaden dzik się jeszcze nie złapał, a podczas kontrolowanego odstrzału koło łowieckie ustrzeliło 6 dzików. Populacja tych zwierząt na  terenie, na którym  mieszkam, sięga ponad 40 sztuk.
   Tak wiem, człowiek ingeruje w środowisko dzikich zwierząt, ale wydaje mi się, że we wszystkim musi być zachowana równowaga. Dopiero, gdy zdarzy się jakieś nieszczęście, ktoś z góry zadecyduje o bardziej radykalnych działaniach. Teraz pozostaje mi jedynie  dobrze się rozglądać, zanim wyjdę na moją ulicę, by czasem nie natknąć się na dzikiego zwierza.

środa, 2 listopada 2016

Burzy się we mnie wszystko...i Cohen w nowej odsłonie na wyciszenie

   Staram się na moim blogu nie komentować tego, co wyrabiają rządzące ekipy. Czasem dam upust swoim żalom, gdy coś już mocno dotknie moich najbliższych lub mnie. Niestety zmiany, jakie szykują się w oświacie, porażają totalną prowizorką, nieprzygotowaniem i brakiem empatii dla uczniów. Bo te zmiany, poza nauczycielami, z których wielu straci pracę, przede wszystkim dotkną uczniów.
   Minister edukacji głośno mówi, że obecne klasy 4,5,6 to roczniki tymczasowe, które będą uczyły się według tymczasowej podstawy programowej. Podstawy, której jeszcze nie ma, do której nie ma podręczników. Nie wiem, z czego będę uczyć języka polskiego klasy szóste w przyszłym roku. A co z obecnym bezpłatnym podręcznikiem? Pójdzie na śmietnik? Tyle pieniędzy państwowych, to znaczy naszych - podatników- pójdzie na przemiał.
   Obecne klasy szóste to rocznik najbardziej pokrzywdzony. Kiedyś pisałam o sześciolatkach, które najpierw poszły do pierwszej klasy i w tym samym roku cofnięto im obowiązek szkolny - drugi raz mogły rozpocząć edukację w wieku 7 lat. 
   Teraz analizuję sytuację uczniów klas szóstych i stwierdzam, że są jeszcze bardziej pokrzywdzeni. Rozpoczną naukę w klasie siódmej, do której nie ma podstawy, podręczników, ramowych planów nauczania - to znaczy, nie wiadomo jakich przedmiotów będą się uczyć i w jakim wymiarze godzin. Czy będą jakieś nowe przedmioty, do których nauczyciel będzie musiał mieć nowe kwalifikacje? Kiedy te kwalifikacje zdobyć i gdzie? Bo nie wiem, czy wiecie, że nauczyciel po ukończonej biologii nie może uczyć w klasach 4-6  przyrody. Musi mieć dodatkowe studia podyplomowe o nazwie przyroda.

   Dzieciom tym zabrano możliwość kontynuowania nauki w dobrym liceum. W jaki sposób? Ano w taki, że w tym samym roku klasę ósmą i klasę trzecią wygasających gimnazjów skończą w sumie dwa roczniki, które będą kontynuować naukę w liceum. Owszem, mają być klasy liceum wg starych, tzn. obecnie jeszcze obowiązujących programów nauczania i klasy dla "zreformowanych" uczniów. Tylko, że budynki liceów nie rozciągną się, nie przybędzie sal i zamiast po trzy, cztery klasy na poziomie o różnych profilach do wyboru, będą dwie dla starych, dwie dla zreformowanych. A co z tymi, którzy się nie dostaną (bo będzie to dwa razy trudniejsze)? Na dzień dzisiejszy prawie nie istnieje szkolnictwo zawodowe, dwa lata to za mało, aby stworzyć alternatywę dalszej edukacji. W związku z tym wielu uczniów skończy naukę na ośmiu klasach szkoły podstawowej. Nie wspominam o dalszej drodze szczęśliwców, którzy dostaną się do liceum, bo w tym samym roku dwa roczniki będą podejmować naukę na studiach wyższych.

   W mojej gminie istnieją zespoły szkół, w skład których wchodzi szkoła podstawowa i gimnazjum, uczniowie zostaną w tej samej placówce. Ale w wielu gminach szóstoklasiści gdzieś wywędrują i staną przed nowymi nauczycielami, którzy na poznanie dzieci będą mieli ni trzy, a dwa lata. To samorządy zadecydują, gdzie uczniów przerzucić. Uczniowie, rodzice nie będą mieli nic do gadania.

   A co z uczniem obecnej pierwszej klasy gimnazjum, który nie zda? Dokąd trafi, jeżeli nie będzie już naboru do pierwszych klas gimnazjów? Według ministerstwa (mam pismo z MEN z odpowiedzią na zapytanie jednego z naszych nauczycieli) będzie się uczył w klasie siódmej. Czyli ktoś, kto otrzymał świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, kontynuował naukę na wyższym poziomie edukacyjnym, wraca do podstawówki! Będzie miał dwa świadectwa ukończenia szkoły podstawowej.  

A gdyby MEN wycofało się z reformy ( na co nie ukrywam po cichu liczę), to co z klasami szóstymi?  Otóż według obowiązującego jeszcze prawa, uczeń, który nie przystąpi sprawdzianu szóstoklasisty (test kompetencji na koniec szkoły podstawowej) nie może tejże szkoły ukończyć, powtarza klasę. Wszelkie terminy związane z procedurami przeprowadzenia sprawdzianu już minęły. Gdyby rząd się wycofał z reformy, szóstoklasiści musieliby powtarzać klasę szóstą nie ze swojej winy. 
Czyli tak też będzie niedobrze.
No, chyba żeby ktoś zmienił terminy, by móc dopełnić odpowiednich procedur. 

  Po raz kolejny decydenci dowiedli, że to nie dobro dziecka się liczy, a interesy polityczne.
Pracuję w zawodzie prawie 30 lat i takiego chaosu jeszcze nie widziałam. Zawsze uważałam, że szkoła powinna być instytucją wolną od polityki, że my nauczyciele powinniśmy uczyć tolerancji dla wszystkich, otwartości na świat, bez żadnej indoktrynacji, tak ze strony państwa, jak i kościoła. Szkoła powinna uczyć samodzielnego myślenia, by młody człowiek potrafił dokonywać mądrych wyborów.
Niestety, szkoła zawsze była zależna od polityków i to jak wygląda, jest ich "zasługą". 
   
   I mimo, że ten zawód jest moją pasją i powołaniem coraz mniej chce mi się pracować w szkole, zwłaszcza tej, którą proponuje obecna władza. Jestem tu ze względu na uczniów. To oni dają mi siłę.
Czy to znacz,że jestem przeciwko zmianom? Nie, świat wokół nas się zmienia i szkoła musi się zmieniać. Tylko zmiany te powinny być mądre, przemyślane, takie, aby jak najwięcej korzyści przynosiły uczniom.

  I egoistycznie cieszę się, że moje własne dzieci przeszły już ten etap edukacji, córka kończy studia, syn jest na drugim roku. Nie zazdroszczę rodzicom obecnych 4,5,6-klasistów.

   Dla zmiany klimatu, coś, co ostatnio mnie muzycznie zachwyciło i pozwala zapomnieć o tym, co wyżej.

wtorek, 1 listopada 2016

Złote Gody

   Ostatnio byłam trochę zajęta. Wraz z moim rodzeńtwem organizowaliśmy jubileusz Złotych Godów naszych rodziców. Uroczystość odbyła się 30 października.

czwartek, 20 października 2016

Dużo czytam...

   Jakoś tak mój blog przywiądł. Mało mam do pokazania ( w zasadzie to nic), dziergam nadal sweter dla męża,ale jakoś wolno mi idzie. Ponura i jesienna pogoda sprawia, że wieczory najchętniej spędzam z kubkiem gorącej herbaty przy książce. W związku z tym przeczytałam sporo.

   "Miłość w czasach zagłady" Hani Münzer to przejmująca opowieść  o losach żydowskiej rodziny w czasach, gdy Hitler dochodzi do władzy oraz podczas II wojny światowej. Śpiewaczka operowa Elisabeth Malpran, po zaginięciu swojego męża, wiąże się z oficerem SS Albrechtem Brunnmannem, aby ocalić swoje dzieci. Jednak nie wie, że jej córka zapłaci za to wysoką cenę. 
   Książka przejmująca, polecam.

     Kolejna powieść to  "Córka cieni. Siedem szmacianych dat" Ewy Cielesz. Opowiada o studencie historii, który podczas wędrówek po Bieszczadach trafia na samotny dom, w którym odkrywa pamiętnik.
Autorką jest Magdalena, panienka z dobrego przedwojennego domu, która bez pamięci zakochuje się w kelnerze. Ojciec dziewczyny nie zgadza się na ten związek, dlatego młodzi postanawiają uciec i zacząć nowe życie z dala od rodzinnego domu dziewczyny. Trafiają w Bieszczady i zamieszkują w domu z dala od całego świata. Młodzi wiodą szczęśliwe, chociaż trudne w swej codzienności, życie. W międzyczasie wybucha II wojna światowa, narasta konflikt między ludnością ukraińska a polską. W tym trudnym czasie Magdalena rodzi córkę. Powieść przeczytałam w ciągu jednego wieczoru zarywając noc, ale nie była w stanie się od niej oderwać na drugi dzień pobiegłam do biblioteki, by wypożyczyć kolejną część. Dzisiaj zaczynam czytać.

 "Okradziona z życia" Morgane Seliman to wstrząsająca opowieść o kobiecie, która padła ofiarą przemocy domowej. Autorka - bohaterka tej książki - opowiada o swoim życiu z człowiekiem, który dręczył ja wiele lat, o tym, jak trudno wyrwać z więzów uzależnienia psychicznego od oprawcy, jak trudno jest walczyć o siebie i małego synka. To także opowieść o tym, jak machina biurokratyczna jest powolna w działaniu, jak często ofiara przemocy zostaje sama, bez żadnego wsparcia.

 
"Beksińscy. Portret podwójny"  Magdaleny Grzebałkowskiej to opowieść o życiu dwóch osobowości Zdzisława Beksińskiego - malarza, który tworzył przerażające obrazy oraz jego syna Tomasza, dla mnie niezapomnianego dziennikarza muzycznego, którego audycje w radiowej trójce uwielbiałam. Tworzył w nich niesamowity klimat. Podczas czytania zaczęłam poszukiwać informacji dotyczących Beksińskich i nie ukrywam, że na jakiś czas musiałam odstawić książkę, aby od niej odpocząć, a właściwie od bohaterów. Niemniej jednak cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę.

 
   
    Na koniec "lżejsza" książka - "Szkoła żon" Magdaleny Witkiewicz przedstawia historię kilku kobiet, które chcąc zmienić swoje życie trafiają do ośrodka w sercu Mazur. Tam "uczą" się jak spowodować, że już żaden mężczyzna  nie będzie potrafił im się oprzeć.


   

niedziela, 2 października 2016

Czapka, lektury i nie tylko

  Czapka, którą prezentuję powstawała w ekspresowym tempie, na zamówienie mojej córki, która stwierdziła, że się starzeje (!!!) i zaczyna marznąć we wrześniowe poranki w drodze do pracy. Wykorzystałam resztki, które zostały mi z tej bluzeczki, to Ella firmy LANG. Dziergałam z podwójnej nitki, zużyłam niecałe dwa motki. A w międzyczasie odmalowałam dwie ramy do obrazu. Ramy i czapka na właścicielce prezentują się tak.


  Czapkę można nosić dwustronnie. Wzór to ściągacz: dwa oczka prawe, jedno lewe.

Jedna z ram (po lewej) mocno postarzana czarnym woskiem ( po raz pierwszy zastosowałam tę technikę), druga, na życzenie córki, pozłacana farbą w spray'u.

Ostatnio przeczytałam dwie książki Anny Zacharzewskiej "Witaj w domu kochanie" i Wiem, co zrobiłaś". To dwie części tej samej historii o stalkingu. Dwie przyjaciółki Anna i Marta stają się ofiarami stalkera, który nęka ich w ich własnych domach. Powoli zastrasza, omotuje swoimi działaniami i doprowadza do skraju psychicznej wytrzymałości. Myślę, z warto przeczytać, aby mieć większą świadomość, jakie zagrożenia czyhają na nas we współczesnym świecie.


I znowu namiętnie słucham mojego ulubionego skrzypka Davida Garretta. 10 grudnia przyjeżdża na pierwszy koncert do Polski. Nie mogę się doczekać bo....będę na tym koncercie!!!


 

niedziela, 25 września 2016

Przeczytane...

   "Czas tęsknoty" Adriana Grzegorzewskiego to opowieść o trudnych relacjach pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Rzecz zaczyna się na Wołyniu, tuż przed wybuchem II wojny światowej. Na wakacje do Bedryczan przyjeżdża Piotr Ochocki, młody warszawianin. To rodzinne strony jego matki. Zatrzymuje się u przyjaciółki swojej rodzicielki, która mieszka ze swoją córką Martą.
    Okazuje się, że te wakacje nie są takie beztroskie. Coraz bardziej czuć rosnące napięcie pomiędzy Polakami a ich ukraińskimi sąsiadami. Młody chłopak zakochuje się bez pamięci w pięknej Ukraince Swiecie. To miłość zakazana, tym bardziej, że Swieta została obiecana Jegorowi, członkowi nacjonalistycznej organizacji OUN. 
Czy zakochanym uda się pokonać dzielące ich różnice? Jak potoczą się ich wojenne losy? W tle miłosnych perypetii rozgrywa się dramat, który dotknął Polaków na Kresach. To tragiczna historia dwóch narodów. 
   I tak jakoś wyszło, że na książkę trafiłam, gdy lada moment na ekrany kin wejdzie film Wojtka Smarzowskiego "Wołyń". Czytałam pozytywne recenzje, a znając wcześniejsze filmy tego reżysera, mam nadzieję, że ta produkcja w obiektywny sposób przedstawi tamte wydarzenia.

    Kolejna książka, którą chcę przedstawić, to "Jedwabna opowieść" Kelli Estes. Nawiązuje ona do wydarzeń z końca XIX wieku, które miały miejsce w Seatle, gdy przemocą wyrzucono z domów i wysłano z powrotem do Chin mieszkańców Państwa Środka. Nie wszyscy dotarli do domów, niektórych na pełnym morzu wyrzucano do oceanu.
   Czas akcji przenosi się z końca XIX wieku do czasów współczesnych, gdy jedna z bohaterek postanawia przebudować rodzinną posiadłość i trafia na niezwykłe znalezisko. Od tego wszystko się zaczyna. To pasjonująca podróż w czasie oraz przejmujące losy bohaterów. Jaki związek tajemnicza historia sprzed lat ma z losami współczesnych bohaterów? Przeczytajcie, polecam.

 

piątek, 23 września 2016

Przerabiam....tym razem drutowo

   Czy pamiętacie tę tunikę z włóczki Riva? Już jej nie ma. Jestem w kolejnej fazie przerabiania. Tym razem już drutowo. Za zimno się zrobiło na to, abym "urzędowała"w mojej "pracowni". W odnowionych zaś szafach zalegają swetry, sweterki, tuniki, pulowery, które zrobiłam dla siebie 15kg temu. Jak się domyślacie, nie pasują już na mnie, wiszą smętnie jak na wieszaku. Dlatego przerabiam na mniejsze rozmiary i nowe fasony. Ten sweterek jest tego przykładem. Tym razem to nie tunika, a rozpinany kardiganik. Nosi się dobrze, czuję się w nim świetnie, w zasadzie kolorystycznie pasuje do wszystkiego. Na Margolce prezentuje się tak.





 Ozdobą sweterka jest ściągaczowy wzór na rękawach oraz plisach wykończeniowych. Ściągacz to jedno oczko prawe, trzy lewe. Reszta to ścieg dżersejowy. I tyle.

Aby małżonkowi nie było smutno, że tylko swoje przerabiam, wzięłam się za jego niebieski pulower, który zrobiłam dla niego, gdy miał 20 kg więcej.



   Kolejna zima obędzie się bez kupowania zapasów włóczek, swetrów do przerobienia mam baaaaardzo dużo.

sobota, 17 września 2016

Jak przemalowałam Małgośkę....

    Małgośka to zestaw mebli, który przez wiele lat użytkowała moja córka. Miesiąc temu moje dziewczę wyfrunęło z domu (chlip, chlip), zaczęło samodzielne życie na własny rachunek, a nam zostawiła komplet mebli, którego nie chciała zabrać ze sobą i... pusty pokój.
   Wzięłam się za przemalowywanie Małgośki, chcąc jej dać nowe życie. Poza tym, w poprzednim   wcieleniu, nie bardzo pasowała mi do ścian.
Małgośka wyglądała tak.














   Do malowania tych gładkich powierzchni użyłam (oczywiście poza farbami kredowymi) wałka. Malowałam tym narzędziem pierwszy raz. Musiałam trochę nabrać wprawy oraz znaleźć właściwą konsystencję farby. Wnioski po takim malowaniu mam takie: maluje się szybciej, powierzchnie są bardziej gładkie niż po pędzlu, musiałam położyć trzy warstwy farby, której zużycie jest większe. Z efektu jestem zadowolona. Pozostałością po poprzednim wcieleniu jest wąski pasek rozdzielający dwa kolory. 
   Teraz Małgośka prezentuje się tak.












  Do namalowania wzoru użyłam gotowego szablonu. 





    I teraz widać, że drzwi nie pasują do całości. Chętnie bym je przemalowała, na razie jednak w domu jest zbyt duży opór. Chociaż do przemalowywania szaf już przekonałam moją połówkę. Przede mną te w sypialni. 
   Sweterek się dzieje, został mi jeszcze jeden rękaw...
 

niedziela, 11 września 2016

Moja przygoda z farbami kredowymi

Od razu uprzedzam - to nie jest tekst reklamowy ani sponsorowany. To moja subiektywna opinia.

   O jakiegoś czasu "zamęczam" Was moją nową pasją - odnawianiem mebli ( bo renowacja to to nie jest). Od lipca tak się "bawię" (dlatego brak mi czasu na robótki dziewiarskie). Jak każda moja nowa pasja, zabiera mi dużo czasu i powoduje, że jestem na jej punkcie, powiedzmy, lekko ;-), zafiksowana i zamęczam nią otoczenie bliższe i dalsze. Ale kto jak kto Wy, szalone dziewiarki, na pewno mnie rozumiecie.
    Dzisiaj opowiem trochę o farbach, którymi maluję. Zaczęłam malowanki od farb akrylowych. Najpierw oczywiście poczytałam w Internecie, czym najlepiej malować drewno. Zakupiłam odpowiednie farby, narzędzia i wzięłam się do roboty. W międzyczasie postanowiłam, ze może popróbuję efektu postarzania. No cóż, farby akrylowe są twarde i trzeba było wiele wysiłku, aby uzyskać taki efekt. Poza tym musiałam w niektórych miejscach nakładać farbę trzykrotnie, aby jakoś to wyglądało. Kupiłam farbę ze średniej półki cenowej, sugerując się tym, że wystarczy jedna warstwa, aby pokryć dobrze powierzchnię. W efekcie musiałam dokupić farbę, co podniosło koszty.
    W międzyczasie dalej wertowałam Internet w poszukiwaniu inspiracji i trafiłam na blogi, w których przeczytałam o farbach kredowych. Zaczęłam zgłębiać temat i wśród kilku marek natknęłam się na farby  Chalk Paint Annie Sloan. Poczytałam opinie porównujące je z innymi,tego typu, farbami. 
   Zaczęłam szukać sklepów mojej okolicy. Okazało się, że takie są, prowadzą również sprzedaż internetową. Kupiłam farby i się zaczęło! 
   To jest coś dla mnie! Farby łatwo się rozprowadzają, mają wiele zastosowań, malować nimi można wszystko. I co najważniejsze, nie trzeba specjalnie przygotowywać powierzchni, wystarczy tylko przemyć ciepłą wodą z płynem do mycia naczyń i już. Jeżeli efekt końcowy nas nie zadowoli, można farbę po prostu zmyć ( jeszcze przed zawoskowaniem powierzchni) i zacząć na nowo. Poza tym farba bardzo szybko schnie, jedna warstwa ok. pół godziny i można nakładać następną. Prawie nie pachnie, jest idealna do dziecięcego pokoju, nie uczula. Kolory można ze sobą mieszać, tworząc własną paletę barw, można rozcieńczać wodą. Łatwo zmywa się z podłóg, skóry, włosów. I przede wszystkim idealnie się nadaje do różnego typu stylizacji mebli, przecierek, odciskania wzorów itp. 
   Pomalowane powierzchnie należy zawoskować, aby utrwalić farbę. Tak zabezpieczoną powierzchnię można czyścić wilgotną ściereczką i nic się nie dzieje. Można również polakierować.
   Dlaczego pokochałam te farby? Ponieważ w ciągu jednego popołudnia można zmienić swój mebel.
Czy te farby mają jakiś minus? Cenę. Koszt litrowej puszki wynosi 145 zł. Wydaje się, że jest to cena bardzo wygórowana. Jednak nic bardziej mylnego. Farba jest bardzo wydajna, wystarczy jedna warstwa, aby pokryć powierzchnię.

   
Aby zgłębić tajniki malowania farbami kredowymi zapisałam się na warsztaty prowadzone przez przedstawiciela Annie Sloan. Każdy sklep, który ma autoryzację, ma obowiązek prowadzić warsztaty, zaś ceny farb w każdym sklepie w Polsce są takie same.






 

 Podczas warsztatów poznałam tajniki malowania farbami kredowymi oraz "zmalowałam" taborecik pasujący do mojej odnowionej sypialni, na którym wykorzystałam technikę odciskania serwetki w farbie i stylizowania białym woskiem.


 
 
   Po powrocie do domu wzięłam się za lampkę nocną kupioną w sklepie z używanymi meblami, którą później wykończyłam czarnym woskiem, czego również nauczyłam się na warsztatach.

Ta moja nowa fascynacja nie spowodowała, że porzuciłam druty, dziergam, tylko mam na to mnie czasu. Sweterek powstaje...



niedziela, 4 września 2016

Malowanek ciąg dalszy

    I znowu przemalowałam to i owo. Tak jak pisałam we wczorajszym poście zaopatrzyłam się w kolejne akcesoria do malowania i wzięłam się do pracy. Na pierwszy ogień poszła szafa z przedpokoju, którą już jakiś czas temu zaczęłam przemalowywać. Niestety zabrakło i czasu i farby. Wczoraj jednak dokończyłam "dzieła". 

Szafa, która wyglądała tak (klik)   teraz prezentuje się tak.







   Zawitałam do sklepu z używanymi meblami. Szukam komody, którą mogłabym przemalować i wstawić do sypialni. Ponieważ nic interesującego nie wpadło mi w oko postanowiłam wyjść chociaż z jakimś drobiazgiem. Nabyłam dwa "drobiazgi", drewniany gazetnik oraz lampkę nocną. 





  Gazetnik od razu przemalowałam, a przy okazji wypróbowałam szablon, który wczoraj kupiłam.  
  




   Szczególnie dumna jestem ze wzoru. Po wyschnięciu pierwszej warstwy delikatnie przesunęłam szablon tak, aby po nałożeniu drugiego (srebrnego) koloru powstał delikatny cień.





  






 Gazetnik będzie mi służył do trzymania moich akcesoriów dziewiarskich i aktualnej robótki. Zawsze będę mogła cały majdan wziąć ze sobą i mieć pod ręką, gdziekolwiek bym nie dziergała.