poniedziałek, 16 lipca 2018

Uczę się nowych technik - mozaikowa chusta

   Jakiś czas temu podziwiałam na blogu Makunki piękną mozaikową chustę (klik). Pomyślałam sobie, że też chciałabym kiedyś taką zrobić. I nadszedł ten czas. Zaczęłam szukać w Internecie inspiracji oraz tutoriali, które wyjaśniają technikę takiego dziergania. Oczywiście Makunka nakręciła filmik, ale także tutaj (klik) znalazłam informacje oraz inspiracje. Mozaikowe dzierganie nie jest to trudne, wymaga tylko uważności, szczególnie na początku. Ważny jest właściwy schemat i można wziąć się się do pracy. Moja mozaika pochodzi stąd (klik). Mam już tyle.


piątek, 13 lipca 2018

Podróży ciąg dalszy, tym razem dziewiarsko

   Podczas mojego pobytu w Anglii zawędrowałam do Southborne, dzielnicy Bournemouth. To był mój ostatni dzień przed powrotem do domu i nie spotkałam wcześniej żadnego sklepu, na widok którego zadrżałoby moje serce dziewiarki. I nagle jadąc autobusem zobaczyłam pewne miejsce. Musiałam, po prostu musiałam wysiąść z autobusu (pomimo protestów mojej koleżanki), aby tam wejść. Już na ulicy zrobiło się bardzo swojsko - dziewiarsko.
 
           
Co takiego to CloseKnit? To maleńka kawiarenka i sklepik dziewiarski w jednym. Miejsce, o jakim marzę, aby stworzyć w swojej miejscowości (i zapewne na zawsze pozostanie w sferze marzeń). Można kupić tu włóczki i akcesoria dziewiarskie, a także drobne wytwory z włóczki. Jednocześnie jest to kawiarenka, gdzie można napić się kawy, herbaty i zjeść coś słodkiego. To także miejsce spotkań okolicznych dziewiarek. Tutaj odbywają się  warsztaty dla chętnych. Na półkach znaleźć można czasopisma i publikacje z wzorami, które można sobie wypożyczyć. Bardzo interesujący był wystrój lokalu.









Oj, trudno było to miejsce opuścić. Oczywiście, jak się domyślacie, nie wyszłam z pustymi rękoma. Nabyłam dwa szare moteczki z delikatnie opalizującymi cekinami. 
         

   Z moteczków tych powstała "rehabilitacyjna" chusta, to znaczy powstawała, gdy czekałam na poszczególne zabiegi podczas dwóch tygodni, gdy jeździłam na rehabilitację do Konstancina (pytona-zbiega nie spotkałam na szczęście). Jak zwykle niewielką sensację wywoływałam dziergając na korytarzach czy pod magnetronikiem. 
Chusta trójkątna, wykorzystałam motyw kiri, prezentuje się tak.

 


 





czwartek, 12 lipca 2018

Kocyk dziecięcy - kolejny

   Powstał szybko, sama nie wiem kiedy, pomiędzy wyjazdami na rehabilitację (gdzie powstaje chusta), pracą, a innymi zajęciami. Wykorzystałam bawełnę, która została mi z poprzednich dwóch kocyków. Wykorzystałam prawie wszystko. Chevronowy wzór pozwolił na połączenie różnych kolorów w całkiem interesujący deseń. Dwa brzegi kocyka wykończyłam szydełkiem, aby zamaskować łączenia kolorów. Mam nadzieję, że dzieciątko mające się niebawem narodzić oraz jego rodzice, będą zadowoleni z kocyka - niespodzianki.

















A mój wnuk rośnie jak na drożdżach. Żałuję, że tak rzadko go widuję.





poniedziałek, 9 lipca 2018

Relacji z podróży ciąg dalszy - Poole

   Poole to portowe miasto, w którym znajduje się port pasażerski. Również swoją siedzibę ma tu firma produkująca luksusowe jachty. W dniu, w którym odwiedziłam to miasto odbywały się targi jachtowe, można było obejrzeć i wybrać sobie jacht do zakupu. Oczywiście mnóstwo było stoisk i imprez towarzyszących.
   Nie kupiłam jachtu, za to zwiedziłam ciekawe muzeum mieszczące się nieopodal portu. Znajdują się tu bardzo różne eksponaty, od tych związanych z morzem do sprzętów codziennego użytku z lat 50 i 60-tych. Zgrozą napawał mnie fotel dentystyczny z tamtych lat, wróciły koszmary z dzieciństwa.
Muzeum mieści się w starej kamienicy, jednak wejście jest bardzo nowoczesne. 
W Poole na chwilę wyrosły mi anielskie skrzydła...



niedziela, 8 lipca 2018

Robótki ręczne

   Dzisiaj chwila oddechu od relacji z podróży, ponieważ chciałabym pokazać, co zrobiłam. Chustę dziergałam podczas mojej podróży, powstawała na lotniskach, w samolotach, podczas pobytu w Anglii. Dokończyłam już w domu. Jest bardzo zwiewna, z ażurowym borderem, którego motyw kiedyś wykorzystywałam w moich dawnych swetrach, których już nie ma. Wzór pochodzi bodajże z którejś archiwalnej "Vereny". Stwierdziłam, że nada się do ozdobienia chusty. Zdjęć będzie dużo, bo wyjątkowo dumna jestem z tej robótki. Na jej zrobienie wykorzystałam jeden motek włóczki Filisik ZITRONA.


 











         







To nie wszystko, co "zmajstrowałam". Uruchomiłam swój mały stolarsko-malarski warsztacik i tchnęłam nowe życie w lustro, które
liczy sobie 29 lat. Kupiliśmy go z mężem zaraz po ślubie, gdy jako młodzi małżonkowie urządzaliśmy pomieszczenia, które zajmowaliśmy w domu rodzinnym męża. My się po jakimś czasie wyprowadziliśmy, lustro zostało. Teraz zawisło w mojej sypialni i mam nadzieję, że będzie mi dalej służyć już w nowej odsłonie.

 

   Ramę pomalowałam dwoma warstwami farby kredowej Annie Sloan, spodnia warstwa to kolor Paris Grey, wierzchnia Old White. Później delikatne przecierki drobnym papierem ściernym. W narożniki ramy delikatnie wtarłam czarny wosk, aby nadać patyny czasu, na resztę nałożyłam bezbarwny wosk. Po wyschnięciu gdzieniegdzie spryskałam złotą farbą w sprayu. Na koniec odświeżyłam taflę lustra. 
Jestem zadowolona z efektu. 

środa, 4 lipca 2018

New Forrest, Salisbury, Stonehenge




   Jadąc do Anglii wiedziałam, że z mojego miejsca pobytu jest niezbyt daleko do magicznego miejsca, o którym wiele czytała i marzyłam, aby je zobaczyć. Dlatego uparłam się, że zrobi wszystko, by tam dotrzeć. Okazało się, że szkoła językowa oferuje różne wycieczki. W swojej ofercie był również wyjazd w moje wymarzone miejsce. Od rana zwiedzałyśmy z koleżanką ciekawe miejsca. Najpierw po drodze był rezerwat przyrody New Forrest. To olbrzymie połacie terenu, gdzie na wolności żyją dzikie konie i osły. Czy dzikie? Mam wątpliwości, ludzi się nie bały, chociaż żyły w lasach. Powiedzmy, że były półdzikie. To obszar, na którym rośnie największa w Europie liczba  liczących sobie ponad 500 lat. Mam zdjęcie przy jednym z najstarszych drzew w New Forrest ( to na ławeczce), jednak jest to młodzieniaszek w porównaniu do naszego dębu Bartek. W  lasach New Forrest podobno żył legendarny Robin Hood ze swoją drużyną.

Kolejny punkt wycieczki, to Salisbury, miasto, w którym znajduje się jedna z najstarszych katedr.
Świątynię wzniesiono w latach 1220-1320. Dzwonnica ma wysokość 100m. Mimo, że swoim ogromem zadziwia, okazuje się, że jest jedną z najmniej stabilnych budowli średniowiecznych. Fundamenty katedry posadowione zostały na grząskim i żwirowym podłożu na głębokości zaledwie półtora metra. To było między innymi przyczyną odchylenia się głównej wieży od pionu na prawie 75 cm. Katedra jest przykładem wczesnego gotyku angielskiego. Mnie jak zwykle zachwyca to, ze mogę dotknąć murów, w których czuć tyle lat historii. W Anglii jest tak w zasadzie na każdym kroku. Kiedyś podczas spaceru natknęłyśmy się na maleńki, bardzo stary kościółek z XI wieku. 

I w końcu dotarłam w miejsce, które było moim celem. Stonehenge - kamienny monolityczny krąg, który powstawał w latach 2950 - 1600r. p.n.e. Nieznany jest cel powstania budowli, jedni wiązali go z druidami i pogańskimi czy uzdrawiającymi obrzędami, inni twierdzą, że służył do obserwacji nieba i gwiazd. Obok znajdują się miejsca pochówku.
   Gdy zobaczyłam tłumy ludzi na parkingu, byłą rozczarowana, stwierdziłam, że nic nie zobaczę. Wcześniej przeczytałam, że nie można podejść bliżej, i że teren jest wygrodzony linami. Jednak, ku mojej uciesze, trasa zwiedzania jest tak zorganizowana, że pomimo wielu turystów udało się w całej okazałości podziwiać obiekt, a na dodatek zrobić zdjęcia, na których jestem tylko ja i Stonehenge. Spędziłyśmy prawie trzy godziny na podziwianiu budowli i nie tylko, a towarzyszył na kojący głos Krystyny Czubówny, płynący z elektronicznego przewodnika, który można wypożyczyć przy zakupie biletu wstępu.
Niespełna dwa tygodnie później w to miejsce zjechały się setki wyznawców New Age, by obserwować wschód słońca podczas przesilenia letniego.
Z tej całodniowej wyprawy wróciłam szczęśliwa, że udało mi się zrealizować jedno z moich podróżniczych marzeń.
  ...cdn...


 

niedziela, 1 lipca 2018

Bournemouth



   Bournemouth to miejscowość położona na południu Wielkiej Brytanii. To jeden z ulubionych przez Anglików (w szczególności londyńczyków) kurortów wypoczynkowych. Znajdują się tu piękne, szerokie, piaszczyste plaże. To miejsce, gdzie uprawia się wiele sportów wodnych: surfing czy kitesurfing. 
   Na plaży można zobaczyć charakterystyczne domki plażowe, które można wynająć. Podobno cena zakupu takiego domku równa się cenie zakupu domu mieszkalnego (według opowieści Gillian, u której mieszkałam). Domki są różne i mają różny standard, w większości jest mały aneksik kuchenny z doprowadzoną wodą, prądem, miejsce na podstawowe sprzęty plażowe. Te nowsze są trochę większe i być może posiadają jakąś łazienkę, ale tego nie jestem pewna. 
Pierwsze moje zetknięcie z plażą i wodą w Kanale La Manche (upss, Kanale Angielskim) odbyło się pierwszego, dosyć pochmurnego i chłodnego dnia. Moja mina wskazuje, że woda była zimna, jednak to była poza do zdjęcia. W porównaniu z naszym Bałtykiem, który w sierpniu miewa wodę w temperaturze 8 stopni, te 13-15 to pikuś.


Plaże odwiedzałyśmy prawie codziennie (mówię tu o koleżance, z którą penetrowałyśmy zawzięcie Bournemouth i okolice). Sylwia okazała się nieocenionym "kierownikiem wycieczki", a ja z zadowoleniem, że nareszcie to nie ja byłam głównodowodzącą (!!!), przyjmowałam jej propozycje. Chociaż..... jeden punkt programu był mój i uparcie dążyłam do jego realizacji, ale o tym w innym poście.
   Dopasowałyśmy się, obydwie lubimy zwiedzać ciekawe miejsca (niekoniecznie sklepy) i zależało nam obydwu, aby jak najwięcej zobaczyć. W związku z tym po zajęciach w szkole językowej była zaplanowana wcześniej wyprawa. Do naszej przemiłej host family wracałyśmy zmęczone, ale zawsze pełne wrażeń, którymi dzieliłyśmy się z naszymi gospodarzami.




Bournemouth, poza plażami oczywiście, ma wiele innych atrakcji. Pierwszego dnia od razu "zaliczyłyśmy" oceanarium, które mieści się tuż przy głównym wejściu na plażę Jakże miło mi się zrobiło, gdy mogłam skorzystać ze studenckiej zniżki (!!!). Tak młodo się poczułam. W wielu miejscach nasza legitymacja studencka ze szkoły językowej uprawniała nas do korzystania z tańszych biletów wstępu. 
Oceanarium może nie jest duże, ale bardzo interesujące.
Kolejną atrakcją, którą "zaliczyłyśmy" już drugiego dnia, było, jak je nazwałam, Bournemouth Eye, karuzela, z której można podziwiać panoramę miasta. 
W Bournemouth mieszka wielu Polaków i bardzo często na ulicy słychać było język polski, niestety często ten nieparlamentarny. I ciekawostka dla fanów futbolu, w Bournemouth AFC bramkarzem jest Artur Boruc. Istnieje także strona internetowa w języku polskim, z której przed wyjazdem zaczerpnęłam sporo wiedzy o Bournemouth (klik).


Do Bournemouth dotarłyśmy z przygodami. Jakoś tak się składa, że gdy wybieram się w podróż samolotem, zaczynają się schody. Już na Okęciu okazało się, że mój samolot opóźniony jest ponad dwie godziny. W związku z tym w Amsterdamie moja planowa przesiadka nie była możliwa. Pierwsza informacja - nocleg w tym mieście, wylot do Southampton rano. Nawet się ucieszyłyśmy, żadna z nas w Amsterdamie nie była. Jednak później okazało się, że lecimy małymi liniami, które... no cóż, miały kolejne opóźnienie. Nie wspomnę o tym, że jak zwykle na każdej bramce piszczałam, chociaż wszystko, co metalowe zdjęłam z siebie. Później służby graniczne na lotnisku nie chciały dać wiary, że my z koleżanką lecimy na dwa tygodnie do szkoły językowej ( za stare?!).  A druty z robótką przechodziły wszędzie - te drewniane i rozkręcane. I jak zwykle robótka pozwoliła mi zredukować stres związany z perturbacjami w podróży.
   Do Bournemouth dotarłyśmy tuż przed północą. Gospodarze odebrali nas z dworca kolejowego, co okazało się zbawienne, bo poruszanie się po nieznanym mieście nocą nie należy do przyjemności.
Nasza host family to Gillian i Anthony, przesympatyczni i uczynni ludzie, a jednocześnie bardzo ciekawi świata (sami sporo podróżują) oraz nowych ludzi. 

Na zdjęciu po lewej gospodarze 
z córką Natashą i wnuczką Susan.
   Gillian otrzymała ode mnie szary, ażurowy szal, którym była zachwycona. Okazało się, że trafiłam  z kolorem. Już na drugi dzień Gillian założyła go, gdy wieczorem wychodziła z mężem do klubu.
                                                                  Na tym dzisiaj kończę moją relację, ale....


                                                                                          ...cdn...



Uczę się nowych technik - mozaikowa chusta

   Jakiś czas temu podziwiałam na blogu Makunki piękną mozaikową chustę (klik). Pomyślałam sobie, że też chciałabym kiedyś taką zrobić. I ...